Metody kierowców na unikanie mandatów

Turystyka uzdrowiskowa w Polsce

Przed nami wakacyjne szaleństwa…
Noce pod chmurką na Mazurach, skwiercząca skórka na bałtyckiej plaży, czy też wysiłkowa wspinaczka po naszych pięknych polskich górach.
A może Egipt, Turcja lubi inne egzotyczne miejsca na naszym globie?
Wybór wakacyjnego kierunku oczywiście należy do was.
Większość z nas na urlop pojedzie samochodem, pokonując nawet tysiąc kilometrów drogi, aby tylko móc zrelaksować się i odpocząć od pędu codzienności.
I tak oto po drodze nie raz ukarzą się naszym oczom wyskakujące zza krzaków „Misiaczki”, czyhające na nasze drogowe wykroczenia.

Mandaty, kary, fotki…

Jadąc przez Polskę można stworzyć całkiem ładny album wakacyjnych przewinień.
Nie kiedy skończy się to utratą prawa jazdy, czasem tylko złością na Policjantów, nasz Rząd i samych siebie za głupotę, czy nieuwagę.
Moje konto punktowe na szczęście jak na razie jest czyste (jedyny mandat jaki zdobyłam od drogówki, dostałam jeszcze przed zdaniem egzaminów na prawo jazdy – ale to długa historia, którą kiedyś może wam opowiem).
Są wśród nas ludzie, którzy jadą przepisowo co do 1 km/h, ale będą tacy jak ja, którzy rzadko kiedy zwracają uwagę na ograniczenia prędkość.
Rozglądamy się bacznie za znakami informującymi o dozwolonej prędkości tylko w momencie gdy przed nami wyrasta fotoradar, ale i tutaj większość kierowców po prostu zwalnia do pięćdziesiątki.
Jak to magiczna liczba.
Bo jak to mówią – grunt to nie dać się złapać!
A w tym pomóc nam może parę gadżetów…

CB Radio

„Mobilki, jak dróżka na Mińsk?”
Poczciwe, lubiane przez wszystkich radyjko z „gruszką” i „ogonkiem”.
Korzystają z niego głównie kierowcy Tirów oraz ludzie często wyjeżdżający w trasę.
Działa na zasadzie walkie-talkie – przypomina mi się okres dzieciństwa…
Jeżeli jesteśmy w odpowiedniej odległości od innego kierowcy z włączonym CB Radiem, to możemy zapytać go o drogę, czy nie ma gdzieś wypadku lub gdzie znajduje się najbliższa stacja benzynowa.
Niektórzy z was drodzy Panowie pytają również o najbliższą „aktualizację bazy wirusów” lub „gniazdko rozkoszy” – mowa tu o prostytutkach rzecz jasna.
Tego akurat nigdy nie zrozumiem.
Płacić za seks… to już jest dno!
Ale wróćmy do tematu, o „modelkach” pogadamy następnym razem.
Wszystko ładnie pięknie, tyle tylko, iż należy pamiętać, że „Misiaczki” również posiadają magiczne radyjko.
I tak naprawdę nigdy nie mamy pewności, czy po drugiej stronie gruchy nie szczebiocze do nas uprzejma Policjantka odpowiadając: „Czysto masz na Mińsk, szerokości”.

Coyote System

W Polsce to nowość, lecz na arenie Europejskiej to całkiem dobrze znany system skupiający ponad 2.000.000 użytkowników.
Na czym polega ów popularny wśród kierowców patent?
Coyote to małe urządzenie  przypominające GPS, które na bieżąco informuje nas o wszystkich fotoradarach, kontrolach policyjnych, wypadkach, robotach drogowych, objazdach itd itp.
Ciekawy, czyż nie?
Widzimy ile osób i w jakiej odległości od nas korzysta z tego systemu.
Możemy również sami zgłaszać różnego rodzaju zdarzenia, które automatycznie trafiają do wszystkich aktywnych użytkowników w promieniu powiedzmy 20 km.
Takie bajery jak dopuszczalna prędkość na danym odcinku trasy czy też sterowanie głosem nikogo nie zdziwią.
Jest tylko pewien problem… Urządzenie i sam dostęp do systemu są płatne.
Cena? Taaak… 599 zł + miesięczny abonament rzędu 30 zł.
W Polsce ciągle trwają testy, lecz aby system działał poprawnie i sprawnie, potrzeba nam zaledwie 20.000 użytkowników.
Dla firmy niezły zarobek, dla nas chyba zbędny wydatek.
Jaki jest sens zakupu Coyote, gdy mamy przecież naszego rodzimego…

Yanosik

Obrońca naszych portfeli oraz kont z punktami karnymi.
Oszczędza biednych i nie daje się bogatym!
Jest to praktycznie identyczny system jak „kojocik”, lecz możemy korzystać z niego zupełnie bezpłatnie dzięki naszym smartphonom.
Ten „antyradar” miałam okazję testować nie raz.
Szczerze wam powiem, że jeżeli po nocy mam jechać na miasto, to nigdzie się nie ruszam bez naładowanego Samsunga i włączonego Yanosika.
Nawet o godzinie 02:00 w piątkowo-sobotnią noc, ktoś przede mną zgłosił patrol Policji na zjeździe z trasy Siekierkowskiej w stronę Wesołej.
Zaprawdę powiadam wam… nie mam zielonego pojęcia jak ja wcześniej unikałam mandatów bez tego cudu polskiego cwaniactwa drogowego.
Człowiek, który wymyślił ten system powinien dostać jakiś order wdzięczności od nas, kierowców.
Rostowski pewnie wyje w poduszkę wieczorami widząc statystyki za wpływy z mandatów.
A miały być grube miliardy, nowy Mercedes pod domem, dodatkowa premia za zrealizowanie planu finansowego…
Ups… nie pykło…

Bo o to w tej naszej „jeździe polskiej” chodzi, żeby nie dać się złapać.
Żeby nasi Stróże Prawa nie wyskakiwali zza krzaków jak ekshibicjoniści z suszarką w ręku.
Żeby fotoradary nie urozmaicały naszych wakacyjnych albumów ze zdjęciami.
Żeby rządzący nie zacierali rąk z radością na i tak już skromną zawartość naszych portfeli.
Jeżeli wszyscy mamy jeździć przepisowo to powinniśmy mieć w Polsce normalne ograniczenia prędkości, a nie takie, które są odpowiednie jedynie podczas urwania chmury czy też śnieżycy.
Każdy powinien być sobie równy, a nie zasłaniać się immunitetem, znajomościami czy też odznaką.
Lecz witamy w Polsce, kraju absurdów, który wszyscy kochamy.

Jest wiele innych urządzeń chroniących nas przed bolesnymi wydatkami.
A może przetestowaliście jakieś inne urządzenia antyradarowe?
Czekam na wasze propozycje i opinie.
I nie mówię tutaj o przepisowej jeździe, jako złotym rozwiązaniu na mandaty.
Bo uwierzcie mi, że Policja potrafi wlepić karę nawet największym ślimakom drogowym.

Szerokości Mobilki…
Bajo!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.